[Kacik absurdu im. Andrzeja Waligórskiego]


Docent BassetDwanaście prac Herkulesa MiziakaRycerzy Trzech
Piąty peronListy Pana MichałaPozostałe drobiazgi


   Docent Basset - 6.

   Jak gmina długa i szeroka, wszędy z szybkością wiatru rozeszła
się wieść o niezwykłych talentach wolnego  najmity,  żyjącego  na
łaskawym chlebie w Kociorupowym obejściu.
   Z  podziwem  i  nadzieją  opowiadano  sobie,  jak  to przygłup
Wałkoński wyskrobał Kaśkę Pyzdrzankę tak galanto i błyskawicznie,
że  tuż  po  zabiegu  dziewucha o własnych siłach uciekła w jedną
stronę, a potworny wyskrobek w drugą i to nie tylko za próg,  ale
aż  do  miasteczka,  gdzie  początkowo dobijał się do Stronnictwa
Demokratycznego, zaś załatwiony odmownie pokuśtykał na plebanię i
zatrudniony  tam  został jako dzwonnik Quasimodo, które to imię -
trudne do wymówienia - prosty lud zaraz zmienił na Kwasimordę,  i
bardzo słusznie, bo mordę miał w samej rzeczy rozkwaszoną.
   Zaraz  też  ze wszystkich stron wyruszyły wozy i wózki, fury i
furki, polonezy, maluchy, a  nawet  syreny  wiejskiej  biedoty  i
pociągnęły  het,  precz  drogami  i  bezdrożami  ku  chałupie Ko-
ciorupów, a na każdym wozie stroskana matka  lub  ojciec  zbolały
wieźli  a to jakąś Marychnę leniwą, której - zgiętej przy kopaniu
ziemniaków - nie chciało się machnąć motyką do tyłu, aby  natręta
odpędzić,  a  to  znowuż Jagnę roztargnioną, co grając w kucanego
berka nie spozierała gdzie mianowicie kuca, a  to  wreszcie  łat-
wowierną  Małgośkę, która czekając ze zbożem we wiatraku aż wiatr
dmuchnie - sama nieopatrznie nadmuchać się pozwoliła.
   Księża grzmieli z kazalnic na zgorszenie, babki-znachorki  za-
częły przymierać głodem, zaś w szpitalu okręgowym po raz pierwszy
od dziesiątków lat pojawiły się wolne łóżka, co wreszcie zwróciło
uwagę adiunkta Wygrzmoconego,  od  niedawna dyrektora tej prowin-
cjonalnej lecznicy.
   - Wiesz, Jolanto - mówił wieczorem do żony - chyba  zdrowowot-
ność  w  rejonie drastycznie wzrosła, bo już pacjenci nie leżą po
korytarzac i można  przejść  suchą  nogą,  nie  ślizgając  się  w
różnych paskudztwach, jak to kiedyś bywało... Myślę - kontynuował
- że jest to rezultat mojej wytężonej pracy, jaką podjąłem od mo-
mentu,  gdy  w dowód zaufania przeniesiono mnie na ten zaniedbany
odcinek.
   - W dowód zaufania! - prychnęła pogardliwie Jolanta. -  Ciebie
wywalono  na  zbitą  twarz  z  kliniki  za to, żeś wywałaszył to-
warzysza Podnośnika jak sójka za morze!
   - To nie ja - pisnął rozpaczliwie adiunkt, rozglądając się czy
kto nie słyszy - to twój pierwszy mąż, docent Basset!
   - I owszem - zgodziła się Jolanta - ale miał tyle rozumu, żeby
potem zniknąć, a więc wszystko skrupiło się na tobie, jak kura na
pieprzu...  O,  ja  nieszczęsna  -  zawołała wpadając w rozpacz -
mogłam żyć z Bassetem w szczęściu i dobrobycie, zamiast kisnąć na
tym zadupiu jak małpa w kąpieli!
   Sprzeczkę przerwało przybycie sierżanta Miziaka.
    - Witam, witam komendancie! - zawołał kordialnie Wygrzmocony,
który starał się być w  dobrych  stosunkach  z  przedstawicielami
miejscowego  establishmentu.  -  Co dolega? - pytał troskliwie. -
Zresztą nic nie mówcie, stary praktyk z  samego  wyglądu  potrafi
postawić diagnozę... Cera  nieświeża,  oddech też, wzrok osłupia-
ły... Przepracowanie, co?
   - To swoją drogą - zgodził się  Miziak,  który  właśnie  przed
chwilą  zneutralizował  wypisaną  na  szpitalnym murze nielegalną
nazwę nieistniejącego związku zawodowego "Solidarność"  dopisując
do  niej  wyrazy "...z walczącymi narodami Afryki i Azji, to nasz
patriotyczny obowiązek".
   - Ale ja nie w tej sprawie! - dorzucił szybko w  obawie  przed
terapią  adiunkta,  która  już  niejednego  pacjenta wyprawiła na
cmentarz komunalny.
   - Nie? A to szkoda, bo mam tu  właśnie  nowy  amerykański  lek
"The Polopiryna", na pewno postawiłby was na nogi!
   -  Panie  Wygrzmocony  - szepnął konfidencjonalnie sierżant. -
Ktoś robi panu koło pióra...
   - Jak to koło pióra? - zaniepokoił się  uczony.  -  Może  koło
biura?  -  zapytał  z  nadzieją  w  głosie,  bo  koło  jego biura
funkcjonowała jedyna w szpitalu ubikacja, do której ustawiały się
kolejki  pacjentów, nie zawsze panujących nad zwieraczami po per-
cepcji  czterosuwowej  sprężarkowej   lewatywy,   będącej   darem
bułgarskiej służby zdrowia dla bratniego okręgu.
   -  Koło  pióra  powiadam, to znaczy, że ktoś panu odbiera pac-
jentów - i  sierżant  Miziak  zreferował  pobladłemu  z  wrażenia
lekarzowi sytuację, jaka wywiązała się w gminie na odcinku troski
o powszechną zdrowotność.
   - Sierżancie -  rzekł  z  determinacją  docent  Wygrzmocony  -
jedziemy  do  starego  Kociorupy...  Czy  macie  przy sobie nakaz
aresztowania in blanco?
   - Mam swoją pałkę - odparł  wymijająco  Miziak,  postanawiając
sprawdzić  wieczorem  w słowniku wyrazów obcych, co to znaczy "in
blanco".

Wpisał(-a): Małgorzata "Zuzanka" Krzyżaniak

<< Poprzedni odcinek | Następny odcinek>>

[ Autor ] | [ Liryka ] | [ Proza ] | [ Dźwięk ] | [ Słowo ] | [ Obraz ] | [ Podziękowania ]

[ Początek ]