[Kacik absurdu im. Andrzeja Waligórskiego]


Docent BassetDwanaście prac Herkulesa MiziakaRycerzy Trzech
Piąty peronListy Pana MichałaPozostałe drobiazgi


   Docent Basset - 7.

   Tymczasem  Jan Wałkoński, nieświadom burzy zbierającej się nad
jego głową, czynił następny krok w swojej powtórnej  karierze,  a
to  za  sprawą  polowania  odbywającego się w Puszczy Gminnej im.
Marii Rodziewicz.
   Gmina,  którą  opisujemy,  położona  peryferyjnie,  od   kilku
dziesiątków  lat  była terenem zsyłki dla różnych wybitnych ongiś
postaci, które na kolejnych etapach powylatywały ze  stanowisk  i
tutaj, w ciszy i spokoju, dożywały swych dni, nie dręczone widmem
odpowiedzialności za swoje niegdysiejsze poczynania.
   Doroczne polowanie zgromadziło ich  wszystkich -  zgrzybiałych
zwolenników  sanacji,  prostodusznych  autorów błędów i wypaczeń,
zgrzebnych  entuzjastów  ekonomiki   bodźcowej,   niefrasobliwych
pożyczkobiorców i dziecięco naiwnych teoretyków finlandyzacji.
   Stary   leśniczy   Bazyli  Dwurura  ustawiał  ich  właśnie  na
stanowiskach strzeleckich, wywołując  kolejno  nazwiskami  i  ty-
tułami, na które byli ogromnie uczuleni.
   -  Pan podkomorzy katowicki na stanowisko trzecie! - zabrzmiał
jego puszczański, surowy bas.
   - I znowu na stanowisku... - rozmarzył się podkomorzy,  wspom-
niawszy nie tak znów dawną przeszłość.
   -  Pan  miecznik rzeszowski, prosimy na ambonę! - komenderował
leśniczy.
   - A czy nie można by na mównicę? - spytał szeptem miecznik.  -
Obawiam  się, że mój pobyt na ambonie mógłby wywołać nieprzyjazny
komentarz w stolicy...
   - Akurat w stolicy nie  mają  większych  kłopotów!  -  mruknął
sarkastycznie  profesor  Mieczysław Różopolański, przebywający na
prowincji od marca 1968,  zwracając  swój  egzotyczny  profil  ku
byłemu działaczowi PSL-u, Bonifacemu Kant-Gwizdkowi.
   - A odpierdulta żeż się wszyscy ode mnie! - odrzekł zgryźliwie
Kant - Gwizdek, ładując kwartą prochu starą odtylcówkę, z  amery-
kańskich jeszcze zrzutów.
   Przedwojenny wojewoda piński, wybrany jednogłośnie marszałkiem
szlachty, dał znak chórowi włościańskiemu, który  buchnął  starą,
myśliwską pieśnią: - Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój...
- narodową w formie i jakże aktualną w treści.
   - Nagonka ruszaj! - rozkazał marszałek szlachty.
   - Nie nagonka, jeno  naganka!  -  sprostował  szybko  leśniczy
widząc, że niektórzy szczególnie doświadczeni działacze dają dyla
w krzaki.
   Zaraz też rozległo się srogie łomotanie, gwizdy  i  krzyki,  a
wreszcie tętent nadbiegającej zwierzyny.
   - Jakaś gruba sztuka przesieką idzie - szepnął Bazyli Dwurura,
przykładając ucho do ziemi - chyba prosto na pana ministra Podma-
muśkę!
   Minister  Podmamuśka, stary wyjadacz z epoki propagandy sukce-
su, podniósł broń do oka, ale zaraz opuścił ją z niesmakiem:
   - Sama drobnica - mruknął.
   Jakoż istotnie, z gąszczu wypadło najpierw kilku bimbrowników,
potem niewielki  zastęp harcerzy, a wreszcie spory tłumek zbiera-
czy  runa leśnego. Wszystko to przemknęło z piskiem i kwikiem pod
nogami  myśliwych i pognało do wyraju, między Czarcim Uroczyskiem
a PGR-owskimi ugorami, aby zniknąć jak ta  efemeryda  w  probosz-
czowskim sadzie.  I znowu nastała cisza, przerywana tylko pohuki-
waniem naganiaczy.
   - Ogólna klapa... - odezwał się z ambony miecznik  rzeszowski,
spoglądając  na  leśniczego. Ten, w ostatecznej desperacji, przy-
pomniał sobie naraz  ostatnią  powieść  pana  Nienackiego,  którą
przypadkiem  w  jakimś  periodyku  czytał,  i wzorem bohatera tej
powieści, również leśnika, wpadł do  chałupy,  wyciągnął  z  niej
swoją  starą  i zadarłszy jej spódnicę ukazał struchlałej puszczy
szpakowate, sinawe i nieźle już obwisłe łono. Na ten  widok  spo-
między  drzew  zaczęły  wyskakiwać  a  to  rude listy, a to płowe
wilczyska, a to szczeciniaste dziki, aby popędzić w panice prosto
pod  ziejące  ogniem  strzelby.  Wtem baba pierdła - wtedy zaś do
ucieczki runęły mocarne niedźwiedzie i łosie rosochate, i  gigan-
tyczne żubry, a nawet jakiś SS-man, od wojny się jeszcze kryjący,
wyleciał z gąszczu z rozpaczliwym krzykiem "hilfe, hilfe"  i  do-
biegłszy aż do komisariatu, poddał się kapralowi Modliszce.
   W ogólnym  zamieszaniu i totalnej palbie padł też, jak to zaz-
wyczaj  bywa, jeden kierowca służbowej wołgi i kilkoro ze służby,
ale  żartom  i  śmiechom nie było końca, aż do momentu, gdy wśród
towarzystwa rozeszła się hiobowa wieść: ambasador Bamboko  Kikuju
ranion...
   W samej rzeczy, egzotyczny ów gość leżał bezwładnie na trawie,
a zdrowa czerń jego policzków przybierała z wolna barwę  popiołu.
   - Doktora, doktora! - rozległy się krzyki.
   -  Ani  mi  się  ważcie!  -  zawołał  autorytatywnie marszałek
szlachty. - Już tam adiunkt Wygrzmocony nie da mu żadnej  szansy.
Ot, wezwać by lepiej onego cudownego przygłupa, któren praktykuje
w chałupie starego Kociorupy!
   - Źwięte słowa pana marszałka - powtórzył  stary  leśniczy.  -
Kopnijta   no   się   chłopaki   i   sprowadźta  tu  migiem  Jana
Wałkońskiego.

Wpisał(-a): Małgorzata "Zuzanka" Krzyżaniak

<< Poprzedni odcinek | Następny odcinek>>

[ Autor ] | [ Liryka ] | [ Proza ] | [ Dźwięk ] | [ Słowo ] | [ Obraz ] | [ Podziękowania ]

[ Początek ]