[Kacik absurdu im. Andrzeja Waligórskiego]


Docent BassetDwanaście prac Herkulesa MiziakaRycerzy Trzech
Piąty peronListy Pana MichałaPozostałe drobiazgi


   Docent Basset - 13.

   Pierwszy dowiedział się o niezwykłym wydarzeniu stary Kocioru-
pa, który przyjechał do szpitala z paczką żywnościową dla znacho-
ra.  Zdziwiła  go  cisza  i  brak  portiera  na  pilnie zazwyczaj
strzeżonej bramce. Korytarze też były puste, zaś cele pootwierane
i wyludnione.
   -  Jedno  z  dwojga  -  pomyślał  stary  kmieć - albo waryjaty
pouciekały,  albo  są  w  świetlicy   i   wybierają   Organizację
Związkową.
   Ale  świetlica  także świeciła pustką, za to przed celą Simony
stał tłum pacjentów przemieszanych z pielęgniarzami i  personelem
medycznym.  Z  celi  biła  jakaś  dziwna  jasność,  a  Kociorupa,
przepchnąwszy się do pierwszych rzędów, ujrzał w jej wnętrzu zna-
chora  i jego świeżo odzyskaną córkę. Trzymali się za ręce i roz-
mawiali, a mocą jakiegoś dziwnego zrządzenia z  ust  ich  płynęła
nie grypserą i nie lokalny ludowy dialekt, lecz najczystsza poez-
ja rodem z Konopnickiej albo Deotymy, chwilami asnykoidalna lub z
lekka tetmajeryzująca:

   -  O córko moja, czyżbym cię odzyskał, 
   Bo do tej pory uwierzyć nie mogę?

   - Jam ci to, jam ci, daj mi tato pyska 
   i idźmy razem w swą życiową drogę.

   - Toż dzieckiem byłaś pod opieką mamci, 
   tyś to na pewno?

   - Jam ci, tato, jam ci!

   Kociorupa  trącił  w  ramię  stojącego  obok starego nokautera
używanego do obezwładniania co najtęższych furiatów i  spytał  go
szeptem:
   -  Panie  Stachurko,  powiedz pan, czy on tak bez przerwy gada
wierszem z córką?
   Stachurko,  któremu łzy leciały jak groch, odpowiedział  lako-
nicznie:

   - Nie tylko on, szwagrze, i my wszyscy takie!

   -  Szwagra wstawiłem dla rymu... - dodał wyjaśniająco, ziewnął
i mruknął:

   - I straszno, i cudno, 
   Ale trochę nudno...

   I rzeczywiście, wierszowane gadanie rozlegające się z celi za-
czynało  już  trochę  nużyć  zebranych, chociaż Simona opowiadała
akurat  dosyć  interesujące  szczegóły   ze   swojej   rozpustnej
przeszłości:

   -  Ach, niecnie żyłam, tato, do tej chwili, 
   Uczestniczyłam w orgiach i libacjach, 
   Różni panowie mnie tam...

   - Pokrzywdzili! - podrzucił znachor.

   - Właśnie, czasami w dziwnych sytuacjach,  
   Ba, poniektórzy płacili mi za to...

   - Ty żeś to, córuś?

   - Jam ci, jam ci, tatko!

   Pacjenci  z  tylnych  szeregów zaczęli niepostrzeżenie wymykać
się do swoich separatek i oddawać zwykłym zajęciom.  Były  prezes
spółdzielczości  mieszkaniowej  pospiesznie kończył wyliczenia, z
których wynikało, że gdyby każdy z  półtora  miliona  pracowników
budownictwa  wymurował  w  ciągu  roku jedną izbę, to za pięć lat
problem mieszkań przestałby u nas istnieć.  Emerytowany  minister
skarbu na próżno usiłował sobie przypomnieć, gdzie w chwili pani-
ki  zadekował  trzydzieści  miliardów  pożyczonych  dolarów,  zaś
zubożały  prominent, który zakupił kiedyś licencję na samospłaty,
na próżno szukał w encyklopedii, co to są te samospłaty,  gdyż  w
odnośnym miejscu figurowały wyłącznie takie hasła, jak samobójst-
wo, samochód, samodział, samogon,  samograj  i  samogwałt,  patrz
masturbacja.
   Natomiast szeregowi wariaci udawali jak zwykle a to czajnik, a
to zlewozmywak z dolnopłukiem, a to znów takie bajkowe lub  mity-
czne  postacie  jak  Kostka Napierski, Kubuś Puchatek albo Renata
Susałko.
   Dr Wysłodek, wyszedłszy z zaklętego kręgu tkliwości i pojedna-
nia, rozpaczliwie usiłował pozbyć się daru mówienia wierszem:
   - Toć przecie muszę zacząć gadać prozą, nie jak ten stary kre-
tyn ze swą kozą, a niech cię dunder, po com wstawił kozę? Jak mam
odrzucić  poetycką pozę? Dość już tych wierszy, czas żebym je ur-
wał, o znowuż mi się zrymowało, kurwa. O, wolej,  żebym  ocipiał,
owdowiał, co na to powie Ministerstwo Zdrowia i szef resortu  mi-
nister Cybulko, który jest dla  nas  dobry  jak  tatulko,  mogłem
powiedzieć "tatuś", o psia noga, jak mnie nasiadła ta przypadłość
sroga, już z tym zostanę pewnie jak ta  dupa,  a  pan  tu  czego,
panie Kociorupa?
   Zrymowany  tak  dosadnie  Kociorupa  spojrzał  na niego koso i
odparł:

   - Chciałem zapytać się doktora, 
   czy mogę zabrać do domu znachora?

   A oto, co rzekł dr Wysłodek:

   - A bierz go chłopie, ale razem z córką, 
   a teraz pozwól ze wlezę pod biurko!

   I rzeczywiście wlazł pod ten solidny, dębowy mebel, skąd  przy
wtórze  szczekania,  wycia i machania ogonem został wyciągnięty i
wpakowany do celi, opuszczonej przez Basseta-Wałkońskiego i  jego
cudownie nawróconą córkę.

Wpisał(-a): Małgorzata "Zuzanka" Krzyżaniak

<< Poprzedni odcinek | Następny odcinek>>

[ Autor ] | [ Liryka ] | [ Proza ] | [ Dźwięk ] | [ Słowo ] | [ Obraz ] | [ Podziękowania ]

[ Początek ]